To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zachwyt nad pięknym połączeniem w doskonałą całość. I zdziwienie, że nikt przedtem nie zwrócił uwagi? Taka linia! Klasyczna czerń! Całe ze skóry! Dopracowana do perfekcji jakość wykonania i zupełny brak śladów użytkowania. Stały sobie w oczekiwaniu. Uratowałam je z tego smutnego przytułku rzeczy porzuconych. W euforii nad ceną i tym, że czasem to nawet fajnie mieć trochę większy rozmiar stopy niż przeciętny(bo już by pewnie dawno wzięło je i poniosło w siną dal). Zachwycałam się nimi w domowym zaciszu, przód, jakby się uparł taki motyli, i te plecione paski...Włożone nigdzie nie uciskały, takie wydawałoby się "pielgrzymkowe"... ech, a one, niewdzięczne, pokąsały mnie wczoraj niezwykle dotkliwie i boleśnie...Na debiut, z pewną taką nieśmiałością, wybrałam niezbyt długą trasę. Znając swoje stopy, powiedziałabym więcej niż wrażliwe na wszelkie naciski i niedogodności, niestety, wiem, że potrafią polec na froncie w najmniej spodziewanych okolicznościach:(Całe moje szczęście! To nie pierwszy raz kiedy moja miłość do pięknem linii, koloru, fasonu zostaje nieodwzajemniona, ale po nich się tego zupełnie nie spodziewałam.. Kto by przypuszczał?!? Róża dokazała niewidocznie kolce... Ogień! Żywy ogień! Szłam pokutniczo dźwigając to palące jarzmo. Możliwe, że gdyby to była obca okolica, uwolniłabym siebie od tego cierpienia, ale ze wstydu i zażenowania nie zrobiłam tego. Jakoś doczłapałam się do domu. Rany się zagoją, zabliźnią, choć trochę to potrwa już widzę. Pozostanie pytanie: co z nimi zrobić? Może to był powód ich porzucenia? I jak mam wymyślić dobrą metodę próby resocjalizacji. Recydywa nie jest możliwa, motyla noga! Jakieś wskazówki?
A oto mój oprawca i przedmiot bolączki:

A oto mój oprawca i przedmiot bolączki:










